Ojczyzna duszy i miejsce narodzin MANOceramics




Historia podszyta jest przypadkiem lub przeznaczeniem, odwagą lub głupotą, szczęściem, odrobiną łez, lekkim stresem i wielką miłością.

Do Włoch czułam pociąg chyba od zawsze, a od czasu tego pamiętnego programu w TV myśl o wyjeździe towarzyszyła mi nieprzerwanie.

Do 2013 r. w którym historia się zaczyna, byłam we Włoszech tylko RAZ i to jako dziecko. Przejazdem na jedną noc u rodziny, w drodze powrotnej z wakacji nad lazurowym wybrzeżem (niezbyt udanym bo popsuł nam się samochód, a mama nie umiała pływać i nie pozwalała nam wchodzić do wody).



A historia zaczyna się w mieście ceramiki, Bolesławcu. W trakcie Święta Ceramiki poznałam braci Bertolin, ich przyjaciela Antonio Bonaldi i Terego Davisa.

Wraz z grupą studentów z Akademii prowadziliśmy warsztaty dla dzieci oraz pokazy toczenia na kole garncarskim. Mieliśmy też „domek”, w którym mogliśmy prezentować swoje prace. Traf chciał, że naprzeciwko naszego domku mieli stanowisko goście z Włoch, zaproszeni w ramach współpracy Miast ceramicznych Argilla. Tworzyli tak niesamowite rzeczy, że stałyśmy z koleżankami jak zaczarowane. Ponieważ rozumiałam co mówią, poczułam ogromną potrzebę porozmawiania z nimi.

Serce waliło mi jak młotem! Nigdy wcześniej nie rozmawiałam z prawdziwym Włochem. Co z tego że zdałam maturę, to było 6 lat temu!

Odezwałam się! Okazało się że coś tam pamiętam. Dzięki tej rozmowie nawiązała się nić przyjaźni. Zostaliśmy zaproszeni na mini warsztaty pod ich okiem. Wtedy postanowiłam, że muszę się od nich uczyć! Nie wiedziałam jeszcze jak to zrobię, ale wiedziałam że będą moimi mistrzami. Na pamiątkę dostaliśmy fantastyczne koszulki z ich mottem.


W 2013 roku odbyły się też mistrzostwa w toczeniu na kole garncarskim, w których sędzią był jeden z braci Bertolin Luigi. W 2013 roku zajęłam 3 miejsce, za Dawidem Żyndą i Jarkiem Arkuszyńskim. Nagrodą był wyjazd na Mistrzostwa Świata do Faenzy. Była myśl, że skoro byłam pierwsza jako kobieta to też pojadę, to się jednak nie udało.

(W Bolesławcu odbył się jeszcze jeden konkurs z tą samą nagrodą. Tym razem byłam druga. Za moim akademickim mistrzem Lerym Papidze, Jarek Arkuszyński był trzeci. )





W 2013 roku obroniłam dyplom magisterski i podjęłam studia doktoranckie na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Jako temat badań obrałam sobie „linia w ceramice” łączący linearne rysunki z obiektami ceramicznymi. Temat na Artystę wszechczasów! Bardzo odległy od tego co robię teraz.





Ale to właśnie studia doktoranckie dały mi możliwość zrealizowania mojego postanowienia o nauce garncarstwa we Włoszech, chociaż odbyło się to trochę „przypadkiem” , w które ja nie wierzę!

Mianowicie wymyśliłam sobie wyjazd na praktyki do pewnej artystki, Karin Bablok, której prace zachwyciły mnie podczas wizyty zespołu z Akademii w Gmunden, które jest Austriackim odpowiednikiem Bolesławca.


Niestety artystka nie zgodziła się na mój przyjazd na trzy miesiące (tyle trwają praktyki z programu Erasmus), argumentując, że jestem artystką i ona nie może mnie nic nauczyć, jak tylko technicznych trików pracy z porcelaną, na które potrzebne będą maksymalnie dwa tygodnie.

Klops i co teraz?

Termin składania dokumentów się zbliżał. Na poszukiwania i wymianę korespondencji i dokumentów nie było czasu.

I wtedy zaświeciła się lampka! Bracia Bertolin!

Przecież to było wielkie marzenie! Jak mogłam o nim zapomnieć!?

A no zwyczajnie, w pędzie do bycia wielką artystką. Pogoni za cudzymi ambicjami.


Jedyny kontakt jaki miałam to email z koszulki. Nie miałam wiele do stracenia. Łamaną włoszczyzną napisałam z zapytaniem, czy mnie pamiętają i czy przyjęliby mnie na trzy miesiące na naukę. O dziwo pamiętali i … zgodzili się!

Jaka byłam szczęśliwa!

Dopiero po podpisaniu umowy zorientowałam się, co zrobiłam!

Miałam jechać całkiem sama do miejsca i ludzi, których nie znam. W dodatku dosyć daleko. A na domiar złego nie wiedziałam, czy uda mi się z nimi dogadać! Nie znałam przecież za dobrze języka.

Bracia Bertolin Mario i Luigi postarali się o wszystko. Zorganizowali mi mieszkanie. Chociaż do samego przyjazdu nie wiedziałam, czy będę spała na podłodze w kuchni, czy miała własny pokój. Ważne, że był dach nad głową.

Początek nie był łatwy. Pomylone dokumenty, brak wypłaty stypendium. Widmo powrotu już po kilku dniach. Wszystko skończyło się jednak dobrze, można się było brać do nauki.


Pracownia Braci Bertolin to mała dwu osobowa manufaktura, w której wytwarzane były naczynia i obiekty na zlecenie, surowe i biskwitowane. Oczywiście wszystko toczone. Znajduję się ona w mieście NOVE w regionie Veneto.

Do produkcji wystarczały dwie osoby, ponieważ Mario był w stanie wytoczyć jednego dnia ogromne ilości naczyń. Luigi natomiast obtaczał, ładował piece.

Miałam swój plan. Po pierwsze musiałam zrealizować prace do rozliczenia studiów, a więc „dzieła sztuki” po drugie chciałam nauczyć się toczyć duże rzeczy.

Jak się niestety okazało musiałam zaczynać od 0! Od czareczek, miseczek, kubeczków. Czym było to spowodowane? Stresem? Zmianą techniki? (Włosi mają koła umiejscowione nieco z lewej strony, tak by tocząc nie wychylać się w bok i nie niszczyć kręgosłupa). Zmianą masy? Czy wyjściem z wprawy? Gorącym klimatem? (było to najgorętsze lato jakie pamiętają górale).

Pewnie wszystkim po trosze. Szybko nadrobiłam straty i przeszłam do nauki nie tyle toczenia dużych rzeczy, co trudnych technicznie. Codziennie dostawałam inny kształt. Były to głównie wazony. Toczyłam, przecinałam, sprawdzałam gdzie jest błąd i od nowa.


Wejście w świat garncarzy z prawdziwego zdarzenia. Toczących dużo, dokładnie, technicznie skomplikowanych ale też ogromnych rozmiarów. Sprawiło że odnowiła się we mnie miłość do bycia rzemieślnikiem.

Do bycia garncarzem!

Których w Polsce jest niewielu. A jeszcze mniej takich, którzy dbają o jakość, technikę, poszukujących wyzwań.

W 2015 roku byłam już po 2 z 3 lat Studiów doktoranckich. Bez perspektywy pozostania na uczelni (jedna propozycja Asystentury spotkała się z odmową ówczesnych władz wydziału). Z pierwszymi epizodami depresji i być może załamania nerwowego. Szukałam pomysłu na siebie, na życie.

I znalazłam!


Miałam dwa bardzo ciekawe projekty serwisów. Kawowego z dyplomu licencjackiego (znanego dzisiaj jako Trigon) oraz magisterskiego (który nosił nazwę „All inclusive”). Była to dobra podstawa by zacząć własną drogę z własną pracownią!

Popołudniami i w weekendy miałam trochę czasu. Zaczęłam więc wymyślać i projektować nazwę.

Tak właśnie zrodziło się MANO!

Narodził się też plan na dom, psa, własną pracownię z profesjonalnym wyposażeniem.




Dzisiaj te plany są już rzeczywistością i rozpoczynają się kolejne projekty!



Search By Tags