Właściwe miejsce i właściwy czas. Zbiegi okoliczności i dobrzy ludzie.

O tym jak ważne jest odnalezienie siebie, a nie życie cudzymi pomysłami.



Często spotykam się ze stwierdzeniem, że żeby osiągnąć sukces, trzeba mieć oprócz zapału dużo szczęścia, że ważne jest spotkanie właściwych ludzi, którzy nam pomogą i popchną we właściwą stronę.

Ja na swojej drodze spotkałam wielu którzy pomagali, ale też takich których dobre intencje brukowały piekło. Były i takie, które rzucały kłody za które dzisiaj jestem wdzięczna.

Jeśli sami nie wiemy dokładnie czego chcemy, to nikt i nic nam nie pomoże.

Kiedy na życiowym rozstaju nasz mentor wskazuje nam którą drogą iść, nie zawsze warto go słuchać. On nie jest nami i tylko mu się wydaje, co będzie dla nas najlepsze.

Tak tez było w moim przypadku. Chociaż gdybym posłuchała siebie do końca i zaufała sobie, moja droga potoczyłaby się zupełnie inaczej, chociaż ostatecznie też stała bym dzisiaj w tym miejscu.


Historia zaczyna się w 2013 roku w okolicach maja. Koniec studiów magisterskich zbliżał się wielkimi krokami. Trzeba było zacząć myśleć co po studiach.

Trzeba było zorganizować sobie jakąś pracownie, piec, koło. Tylko jak?

W 2011 roku z narzeczonym kupiliśmy kawalerkę na Muchoborze. Nawet przez myśl nie przeszło mi by dwa lata później zastanawiać się nad kupnem domu na wsi. Do mieszkania przynależał długi balkon, ale bez możliwości zabudowy. Był ogródek działkowy, a w domku prąd. Nawet jeśli znalazło by się miejsce, to jeszcze trzeba było znaleźć pieniądze na sprzęt.

Na Akademii od roku funkcjonowały studia doktoranckie. Pomyślałam, że to świetny pomysł by się rozwijać, mieć dostęp do wyposażonych pracowni, pojechać jeszcze na zagraniczny staż albo studia. Przesunąć moment usamodzielnienia się, a może trafi się jakaś asystentura ?

Był czas żeby się przygotować, napisać program studiów, temat pracy doktorskiej. Postanowiłam podzielić się moja decyzją z promotor mojej pracy magisterskiej. Pani profesor ucieszyła się z mojej decyzji, zmartwiło ją jednak że już pod swoimi skrzydłami ma doktorantkę i na pewno nie dostanie drugiej. Trzeba było więc zastanowić się pod czyim okiem robić doktorat.


W tamtym czasie zajmowałam się działaniami artystycznymi, łączyłam figuratywne rysunki linearne z obiektami toczonymi na kole. To też był temat mojej pracy magisterskiej. Ponieważ chciałam kontynuować te poszukiwania. Oprócz mojej promotorki tylko jeden profesor mógł mi w tym pomóc. Tak też podpowiadała mi Pani profesor. Pewna, że nie dostanie drugiej doktorantki zaczęła mnie przekonywać, żebym pisała program pod tego profesora. Chociaż to kto prowadzi studenta decyduje się już po przyjęciu na studia. Zgoda profesora i pomoc w napisaniu programu była bardzo wskazana.

Zaufałam jej. Zaczęłam nawet wierzyć, że to dobra droga, że trzeba przejść kolejny etap.

Udałam się więc na rozmowę z profesorem, którego chciałam prosić o mentorstwo nad moim doktoratem. Profesor ten to jedna z najambitniejszych i wymagających osób jakie znam. Wymaga bardzo wiele od siebie ale i od innych, nie przyjmuje kompromisów, nigdy nie odpuszcza. Artystą jest po prostu genialnym!

Profesor nie był zbyt entuzjastycznie nastawiony. Zbyt wiele w moim planie było pytań, na które ja nie znałam odpowiedzi. Po konsultacji z promotorką mojej pracy magisterskiej zgodził się jednak (te konsultacja trwały całe moje doktoranckie studia).


Na studia zdawałam razem z koleżanką z roku z tej samej pracowni, od tej samej promotor. Podobno nie było możliwości, żebyśmy się obie dostały. Rekrutacja była na wydział ceramiki i szkła dwóch osób, ale spodziewaliśmy się, że jednej na ceramikę, drugiej na szkło. Okazało się, że dostają się dwie najlepsze, czyli ja i moja koleżanka. Koleżanka nie widziała dla siebie innego miejsca jak pracownia, z której „wyrosła”, a więc koła garncarskiego. I tam też została. Okazało się, że pani profesor może mieć kolejną doktorantkę. Ja dumna z siebie i swojego wyboru wkraczałam w nowy etap.

Rzeczywistość okazała się jednak dużo bardziej szara i brutalna, niż ją widziałam przez 5 lat studiów, najpierw licencjackich, później magisterskich. Pracownia, z której wyszłam była jak klosz albo bańka mydlana. Ambitny, pracowity student miał wszystko, mogłam pracować kiedy i ile chciałam (nawet w niedziele i święta), były materiały i wypały w praktycznie każdym piecu na uczelni, była pomoc mentorska, rozmowy. Żaden problem nie był tak duży, żeby sobie wspólnymi siłami z nim nie poradzić. To miejsce było jak drugi dom.

Rozpoczynając studia doktoranckie przestałam być ważną osobą w pracowni koła. Nie była ona moją wiodącą, chociaż w moich planach toczenie na kole było główną techniką, która pozwoli mi „zrobić doktorat”. Mój promotor był jednak innego zdania, nie widział tej techniki jako dobrej do osiągnięcia celu „linii w ceramice”.


Musiałam wyprowadzić się z pracowni, która była moim drugim domem przez ostatnie lata. Nie było dla mnie miejsca w pracowni promotora. Mogłam tam pracować, ale gdyby przyszli studenci miałam ustępować. Jako doktoranci dostaliśmy pomieszczenie w lutu 2014 roku (po pół roku od rozpoczęcia studiów). W pomieszczeniu tym, nie było nic. Zaczęłam się w nim urządzać. Zorganizowałam sobie stare koło garncarskie, meble. Miało być super. Zaczęły jednak dopadać mnie wątpliwości. Moja bańka pękła, świat okazał się brutalny i praktycznie znikąd pomocy. Były łzy, niechęć, godziny spędzone na wpatrywaniu się w puste ściany.

Próbowałam się ratować wyjazdem za granicę na studia, rezydencję. To jednak było mi odradzane, „rozproszy się pani” słyszałam. Nie dostałam zgody na wyjazd na studia, a rezydencja w Austrii się nie udała. Skończył się rok.

W wakacje otrzymałam propozycję zostania asystentką w pracowni ceramiki przemysłowej, w której też robiłam dyplom magisterki (na wydziale ceramiki robiło się dwa dyplomy z ceramiki artystycznej i

przemysłowej.


Dało mi to nadzieję. Pomyślałam nawet, żeby zostawić te studia. Było to w końcu to samo miejsce dawało te same albo i lepsze możliwości bo jeszcze miały z tego być jakieś pieniądze. Nie mieliśmy wtedy jako doktoranci praktycznie żadnego wsparcia finansowego. Trzeba było studiować, prowadzić badania, prowadzić zajęcia ze studentami i jeszcze jakoś się utrzymywać.

Niestety tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego okazało się że ówczesna pani Dziekan nie zgodziła się bym była asystentką, nie podając żadnego powodu. Domysłami pani profesor było, że pomyliła mnie z inną osobą (wtedy to było, jak cios poniżej pasa). Dzisiaj cieszę się, że nie zaczęłam pracy na uczelni. Trzeba było kontynuować studia. Tym razem jednak nie chciałam rezygnować z wyjazdu, chociaż na praktyki w okresie letnim, na co dostałam „pozwolenie”. I postarałam się o praktyki we Włoszech. Z nich wróciłam z planem i udało mi się wynająć po za uczelnią pracownię. W zasadzie było to miejsce na moje prywatne, nie związane z doktoratem rzeczy jak: formy gipsowe, gotowe naczynia, sporo mas i szkliw. Nie miałam czasu tam pracować, ale miałam pewien komfort psychiczny, że jeśli mnie wyrzucą, to mam się gdzie podziać.

Na wyjazd do Włoch dostałam pozwolenie pod warunkiem, że zrealizuje prace związane z doktoratem. Chociaż profesor nie wierzył, że uda mi się zrobić coś wartościowego u garncarzy na kole. Mając „wolną rękę” zrobiłam to co zamierzałam od początku studiów. I o dziwo okazało się że „to jest dobre” prawie genialne.



W bólach, ale urodził się przewód doktorski, został otwarty w kwietniu 2016 roku. Był to jeden z warunków ukończenia studiów.

Skończyłam je z otwartym przewodem i guzem piersi (podobnie jak magisterskie), stres robi swoje. Mój promotor informację o możliwości przesunięcia ostatecznego rozliczenia w związku z zabiegiem usunięcia i ewentualnym leczeniem, przyjął słowami, „guza, guza, teraz każdy ma guza, a potem się okazuje, że to wcale nie nowotwór”. A po wszystkim stwierdził, że też miał kiedyś problemy ze zdrowiem „miał podwyższony cholesterol”.

Rozstaliśmy się w przyjaźni, żeby nie było. Nawet w większej, niż bym się spodziewała. Po przeprowadzce na wieś nie pracowałam już więcej nad doktoratem. Nie robię już rzeźb, rysunków. Na pewno kiedyś do tego wrócę. Teraz mam jednak inne priorytety i misję!

Mam nadzieję, że w końcu uda mi się wziąć udział w mistrzostwach świata w toczeniu na kole w Faenzie i mam nadzieję że stanę na podium.

Po kilku latach od studiów, wiem, że gdybym ufała sobie i robiła, to co umiem najlepiej, czyli walczyła o swoje, wszystko potoczyłoby się inaczej.

Wiem, że właściwi ludzie to nie ci, którzy mówią nam, którą ścieżką podążać, a ci którzy pomagają podążać ścieżką wybraną przez nas samych.

Nie żałuję żadnej z podjętych decyzji. Wyciągam wnioski i uczę się. A i tak umrę "głupia". ;)



Search By Tags