16 mm do celu. Mistrzostwa Świata w toczeniu na kole garncarskim



Opadł kurz, ostygły emocje i wyschły ostatnie łzy.


Dzisiaj mija dokładnie miesiąc od Mistrzostw na udział, w których czekałam 7 lat!

Czas opowiedzieć o tym, ile szczęścia zabrakło do spełnienia marzenia.

A zabrakło go naprawdę niewiele; 16 mm by być 3. Czwarte miejsce jest chyba trudniejsze do przełknięcia, niż drugie, bo przy drugim stoisz na podium, jesteś „doceniona”. Tutaj nie została nawet ogłoszona lista rankingowa. Nikt więc oprócz samych zainteresowanych nie wiedział jakie były wyniki, kto ile wytoczył. Wyniki zostały opublikowane w mediach społecznościowych dopiero dwa tygodnie później


Ale zacznijmy od początku.

Na możliwość udziału w tych mistrzostwach czekałam 7 lat. Dlaczego tak długo?

Po pierwsze dlatego, że odbywają się w cyklu dwuletnim. W 2015 roku byłam na praktykach we Włoszech i to tam moi mistrzowie dali mi nadzieję na zwycięstwo, chociaż ostrzegali, że jeśli przyjedzie Szwedka to nie mam szans (w rezultacie przegrałam z dwiema i z Dunką).

W 2016 kończyłam studia doktoranckie, otwieraniem przewodu (do dzisiaj otwartego i już tak chyba zostanie), miałam też nowotwór do usunięcia (nie złośliwy i nie pierwszy). Nie w głowie była mi rywalizacja i podróże. Kupiliśmy też dom na wsi i trzeba było wykonać niezbędne remonty

W 2018 byłam w ciąży, początkiem września czekałam już na rozwiązanie. Nie było więc mowy o uczestnictwie.

2020 przyniósł sami wiecie co… COVID. Święto w Faenzie odbyło się tylko w gronie narodowym i bez mistrzostw.

Przyszedł w końcu rok 2022 i zaczęła się panika, bo pamiętałam że trzeba się wcześniej do konkursu zgłosić. Do zarezerwowania był też jakiś nocleg i oczywiście lot. A jak wiadomo czym bliżej terminu, tym ceny wyższe. Nigdzie nie było aktualnych informacji. Organizator nie odpowiadał. Zaczęłam więc prosić moich mistrzów o pomoc. Dostałam numer telefonu do organizatorki… stacjonarny (hahaha) z moim włoskim dogadać się przez telefon. Super. Ale w końcu odpisali na email że jestem zapisana. Dostałam też kartę do wypełnienia ale zrobiłam to dopiero na tydzień przed wylotem. Miałam więc ostatecznie małe obawy czy aby na pewno wezmę udział.

Mieszkanie i lot wykupiłam do Bolonii, skąd jest jakieś 60 km i bardzo często jeździ pociąg. W planie było więc zwiedzanie miasta.



Wylot z polski w środę i powrót w środę. Mistrzostwa sobota-niedziela. Idealnie żeby się zaaklimatyzować, a potem odpocząć i ochłonąć.

Na wieczór przed wylotem we wtorek już po spakowaniu walizki, odprawieniu dziecka z babcią do łóżka, poszłam jeszcze zrobić dwie miski na próbę. Twarda i kiepska, pękająca glina nie pozwalała dobrze sprawdzić umiejętności, wyszło nie więcej jak 50-60 cm. Głowa jednak spokojna, ćwiczyłam.

Lot spokojny, chociaż troszkę się stresowałam (człowiek starszy coraz bardziej świadomy niebezpieczeństwa i główka świruje, a jeszcze jak się naogląda filmów…). Walizki lekkie, bo przecież w drodze powrotnej musi być miejsce na włoski makaron i ser (na miejscu o wiele tańsze i na pewno smaczniejsze).

Już po wyjściu z samolotu poczułam zapach włoskiego powietrza. Poczułam się jak w domu. To rozluźnienie spowodowało że organizm po długim stresie przestał się bronić i zaczęło mnie brać jakieś przeziębienie. Oczywiście wzięłam z domu podręczną apteczkę, ale akurat żadnych na przeziębienie. Kupiłam więc super miodowo-cytrynowe saszetki w aptece. Trzy razy dziennie i jak nowo narodzona. Spadku odporności oczekiwałam dopiero po powrocie i to takiego zmasowanego. Co jednak nie nastąpiło.


Ze stacji kolejowej do mieszkania mięliśmy niecałe 3 km. Postanowiliśmy iść na piechotę. Po dość krótkim czasie zaczęła mnie boleć prawa ręką, walizkę przejął mąż. Było już jednak za późno. Ból nie ustawał, a wieczorem się nasilił. Kolejna wizyta w aptece i maść przeciwbólowo–przeciwzapalna trzy razy dziennie i zdawało się, że kryzys opanowany.


W piątek pojechaliśmy do Faenzy żeby zobaczyć jak wygląda impreza i spotkać się ze znajomymi, którzy się wystawiali (Karolina Bednorz, Terry Dawid, Chloe Dowds)



Mój mistrz Luigi Bertolin i jego przyjaciel Antonio Bonaldi (byli w Bolesławcu w 2013 roku) budowali piękny piec.



Luigi oprowadził nas po imprezie, przedstawił organizatorom konkursu. Upewniłam się, że wezmę udział w niedzielnym konkursie technicznym i zapisałam się do jeszcze jednego konkursu na dzieło estetyczne, żeby sprawdzić glinę i koło włoskiego typu, czy będzie mi na nim wygodnie (pracowałam na takim kole trzy miesiące na praktykach, ale to było 7 lat temu). Organizatorka powiedziała, że nie ma problemu, wyjęła moją kartę i postawiła krzyżyk przy sobotnim konkursie. Dostałam pakiet startowy, koszulkę, fartuch, kartkę z numerem.




Zadowolona z siebie przyjechałam w sobotę. Uczestników było minimum 30, bo taki ja miałam numer. Kół było 13, 10 włoskich i 3 Shimpo. Konkurs na dzieło estetyczne polegał na wytoczeniu z maksymalnie 6 kg gliny w 20 minut obiektu, bądź obiektów i później w ciągu kolejnych 20 minut opracowanie w formie dzieła artystycznego. Oceniana była technika, walory estetyczne i artystyczne.

Pierwsza dziesiątka rozpoczęła pracę, później druga. Wreszcie trzecia. Zaczęłam się zastanawiać kiedy ja. Widziałam uczestnika z numerem 33, wiedziałam więc że jest więcej niż na trzy tury. Poszłam do organizatorki zapytać, kiedy moja kolej, bo już zostały tylko trzy osoby. Ona wielkimi oczami na mnie patrzy i mówi, że ja się nie zapisałam na ten konkurs tylko na wieczorny. Wieczorem odbywał się konkurs, performance, w którym toczyło się z zasłoniętymi oczami, a obiekt który trzeba było wytoczyć dotykało się tylko rękami przez otwory w kartonie. Powiedziałam jej, ze chciałam zapisać się na ten konkurs, ale nic nie szkodzi. Bardzo mnie przepraszała. Jak to ja znalazłam plusy w tej sytuacji.



Moim celem było sprawdzenie gliny i koła. Czy chcę toczyć na włoskim w konkursie głównym, czy na znanym mi lepiej Shimpo. Znajomi odradzali mi udział w tym konkursie mówiąc, że rozpadnie mi się praca i ludzie będą się śmiali. Nic takiego się nie wydarzyło. A ja z zamkniętymi oczami lepiej poczułam materiał i narzędzie. Glina okazała się bardzo twarda. Do wazonu, który miałam wytoczyć na pewno nie było mi potrzebne 6 kg, myślę że wzięłam 1,5 kg. Koło miało tarczę powyżej mojego biodra nie miałam więc z bardzo o co się oprzeć i miałam problemy z wycentrowaniem takiej ilości gliny. Gdybym wzięła udział w porannym konkursie męczyła bym się z 6 kg i mogła bym nadwyrężyć już i tak kontuzjowaną rękę.



Wyszło więc nawet lepiej. Ja sprawdziłam co chciałam, praca się nie rozpadła, nie było salwy śmiechu a nawet zyskałam troszkę szacunku, bo toczenie z zamkniętymi oczami to nie łatwa sprawa. Powiedziałam organizatorom po konkursie, że w niedzielę chcę toczyć na Shimpo.

Szczęśliwie do konkursu technicznego dla Pań zgłosiło się tylko 9 uczestniczek, a w finale było 10 miejsc. Nie miałyśmy eliminacji i nasz konkurs zaczynał się o 15.

W niedzielę przyjechaliśmy jednak przed 9, ponieważ Luigi namówił znajomego z Polski, który z Bolesławca przyjechał zrealizować partnerski projekt, do udziału w konkursie, a ja jako tłumacz czułam się odpowiedzialna. Przywiozłam mu więc potrzebne narzędzia i dopilnowałam, że rozumie co się dzieje (z tłumaczeniem na angielki był problem, to Włochy mówimy po włosku).



Konkurs techniczny podzielony był na ogólny, czyli tak naprawę męski i żeński. Fakt że mamy małe szanse wygrać z mężczyznami, ale nie jest to nie możliwe jak mi się wydawało.

W każdej kategorii były dwie równorzędne rundy. Najpierw do wytoczenia był walec z 6 kg gliny w czasie 20 minut jak najwyższy, w drugiej z 6 kg gliny najszersza miska. W finale zasady były takie same z ta różnicą że czasu było więcej, 30 minut na każde zadanie.

Jak pokazały te eliminacje oczywiście ważne było by walec i miska były wysokie, ale znacznie ważniejsze było je w ogóle mieć! Zdarzyło się kilka wypadków, gdzie walec został urwany przy podstawie a miska opadła przed zmierzeniem. Trzeba więc było zachować ostrożność.

Wreszcie przyszła godzina 0!

Poszłam więc sprawdzić, jakie koło dostałam. Było to koło numer 12. Naszykowałam sobie krzesło, wymieniłam wodę. Po chwili przyszła Amerykanka i usiadła do mojego koła. Mówię jej, że ja dostałam ten numer, poszłyśmy więc sprawdzić co się dzieje. I okazało się że na karcie z przydziałem mój numer (30) został skreślony (już po tym jak 10-15 minut wcześniej go sprawdziłam) i wpisano (obok mojego nazwiska) inny numer (7 rzeczonej amerykanki) . Pytam organizatorkę o co chodzi a ona że przecież przyszłam rano i powiedziałam że toczę na włoskim kole. Ja w szoku. Mówię że rano mnie tu nie było i z nikim nie rozmawiałam. (przed oczami stanęła m wizja męczenia się na włoskim kole). Okazało się że uczestniczka której przydzielono 13te koło nie przyszła, więc dostałam to. Ucieszyłam się że mam znane mi dobrze koło i nie zwróciłam uwagi że w takim razie niech amerykanka je weźmie, a ja to co mi przypisali na początku. Koło 13 stało w drugim rzędzie lekko z tyłu, na łączeniu 4 płyt, z których zbudowana była scena, było nowiuteńkie przez nikogo nie używane i pedał gazu nie współpracował tak jak powinien.

Centrowanie nie było łatwe. Koło uciekało mi spod rąk i chyba pierwszy raz w życiu centrowałam pchając i ciągnąc jednocześnie (ci co toczą wiedzą o co chodzi). Gdyby tego było mało krzesełko tez nie chciało stać w miejscu, tylko się cofało. Całe koło chodziło. A kiedy już na sam koniec chciałam jeszcze rozszerzyć miskę, co robi się na małych obrotach koło kręciło się albo za szybko albo za wolno.



Finalnie walec miał 62,5 cm (w Polsce toczyłam 80 cm), a miska 50 cm. Co prawda walec miał drugą wysokość, ale już miska szóstą średnicę. Najwyższy walec miał 72,9 cm a miska 74,2 cm.

Można powiedzieć, że to oczywiste prawo Murphiego jak zawsze zadziałało. Ale nie tak do końca.

Mówi się też że złej baletnicy rąbek u spódnicy.

Zabrakło mi troszkę umiejętności technicznych, twarda glina, która dosyć szybko chłonie wodę w połączeniu z problemami ze sprzętem.

Troszkę odwagi, szczególnie przy misce, mój mistrz mówił rozciągaj, a ja się bałam żeby całkiem jej nie stracić, bo wydawało mi się że już osiągnęła swój limit, a tym bardziej, że tańczyła. Gdybym wtedy wstała i zobaczyła z daleka, że to prawie walec…

Zabrakło troszkę pewności siebie, by zawalczyć o dobre stanowiska pracy.

Wróciłam bogatsza w doświadczenie. Teraz już wiem, jak cały konkurs wygląda, kiedy trzeba się zgłosić, jak przygotować, z czym ćwiczyć.

Mam też 50 kg włoskiej gliny „terra Rossa”, która zawsze jest na konkursie.

Mam tez dwa lata, żeby się porządnie przygotować!

I mam już ambitny plan! Bo jak powiedział mój znajomy Mateusz Grobelny „ty nie będziesz zadowolona dopóki z facetami nie wygrasz” i ma rację niestety. Plan jest taki żeby chociaż do finału wejść, bo ten „męski” konkurs jest męski tylko teoretycznie, bo podobno kobiety nie mają szans. Nie mówiąc już o żeńskim ;)



Search By Tags